http://autonom.edu.pl
Skanowanie i opracowanie: W.D. (autonom@o2.pl).
Marian Mazur, 1970, Historia naturalna polskiego naukowca, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa
Rozdział ZA CO NAUKOWIEC ODPOWIADA
Nie bój się wrogów - w najgorszym
razie mogą cię zabić.
Nie bój się przyjaciół - w najgorszym razie mogą cię zdradzić.
Strzeż się obojętnych - nie zabijają i nie zdradzają, ale za ich milczącą zgodą
mord i zdrada istnieją na świecie.
(ROBERT EBERHARDT: Cesarz Pithekanthropus Ostatni).
Jeżeli miasto o dziesięciu tysiącach mieszkańców, dla których produkuje
się pięć tysięcy bochenków chleba, rozrośnie się do miliona mieszkańców, dla
których produkuje się pół miliona bochenków chleba, to dla jednego mieszkańca
wzrost miasta nie ma znaczenia - w obu przypadkach przypada nań pół bochenka
chleba. Gdy natomiast liczba naukowców wzrasta w takim samym stosunku, jak liczba
ludności (w rzeczywistości wzrasta szybciej), to nie znaczy to bynajmniej, że nie
wzrasta udział każdego człowieka w korzystaniu z osiągnięć nauki. Nauka bowiem
produkuje nowe informacje, a informacje mają tą szczególną właściwość, że aby
udzielić ich jednym, wcale nie trzeba odbierać ich innym.
W rezultacie dobrodziejstwa nauki przypadające na jednego obywatela nie
zależą od liczby jego współobywateli, zależą natomiast od liczby naukowców. Im
więcej jest naukowców, tym więcej jest publikacji naukowych, tym więcej tych
publikacji zawiera istotne idee, i tym więcej tych idei może zostać zrealizowanych
w praktyce.
Trzech Ludwików: XIII, XIV, XV, rządziło we Francji w sumie 164 lata
(od 1610 do 1774 r.). Za czasów każdego z nich jeździły prawie takie same karoce,
strzelały prawie takie same muszkiety, pojedynkowali się kawalerowie prawie takiego
samego płaszcza i prawie takiej samej szpady.
Tymczasem za życia ludzi mających obecnie nie więcej niż pięćdziesiąt
lat pojawił się film dźwiękowy, kolorowy, panoramiczny i stereofoniczny,
radiofonia, telewizja, samoloty odrzutowe, rakiety, plastyki, długogrające i
stereofoniczne płyty gramofonowe, magnetofon, antybiotyki, radar, reaktory jądrowe,
mikroskop elektronowy, lasery i maszyny matematyczne, a nawet ludzie wylądowali na
Księżycu.
Coraz większy wpływ nauki na życie społeczeństw jest odczuwany
powszechnie. Zrozumiałe, że wzrasta również zainteresowanie szerszego ogółu
sprawami nauki, aktualnymi jej osiągnięciami, perspektywami jej rozwoju itp.
Zainteresowaniom tym towarzyszą rozmaite uczucia. Jednym nauka imponuje
jako przejaw potęgi ludzkiego umysłu. Innym zaspokaja ciekawość odkrywaniem nowych
prawd. Jeszcze u innych budzi nadzieje na wynalezienie sposobów skutecznego
zwalczania nieuleczalnych chorób. Uczucia tego rodzaju są jak najbardziej
uzasadnione dotychczasowym rozwojem nauki.
Oprócz tego jednak można się spotkać z rozmaitymi pretensjami pod
adresem nauki. Ktoś niepokoi się, że wydatki na naukę wzrastają szybciej niż dochód
narodowy, i wyraża obawę, czy to nie grozi bankructwem, podobnie jak piramidy o
mało nie zrujnowały starożytnego Egiptu. Ktoś znów snuje wątpliwości, czy nauka nie
spowoduje katastrofy przeludnienia przez przedłużanie życia, zwłaszcza słabych i
chorowitych. Ktoś inny obwinia naukę o postawienie ludzkości wobec możliwości
atomowej zagłady. Nie brak też patetycznych głosów ujmujących te i podobne rzeczy w
rzekomo wymagający rozwiązania Wielki Problem Moralnej Odpowiedzialności Uczonych.
Warto się tym pretensjom przyjrzeć bliżej.
Najpierw parę słów o finansowaniu nauki. Istotnie, były czasy, gdy wydatki na naukę
traktowano, jak gdyby to był uszczerbek finansowy, który trzeba ofiarnie znosić,
podobnie jak się znosi pokrywanie deficytu teatrów operowych czy muzeów. Tak
właśnie traktowano np. dotacje dla towarzystw naukowych, sprowadzające się zwykle
do pokrywania kosztów oświetlenia i ogrzewania pomieszczeń tych towarzystw, a
niekiedy również do subsydiowania wydawnictwa jakiegoś pamiątkowego dzieła.
Stan ten zaczął się zmieniać w okresie międzywojennym, a od zakończenia
drugiej wojny światowej stał się nieaktualny na całym chyba świecie. Nauka nie
tylko przestała być deficytowa, ale należy do najbardziej rentownych dziedzin
ludzkiej działalności, i to nie tylko w zakresie dyscyplin technicznych.
Wzrost wydatków na naukę należy porównywać nie ze wzrostem dochodu
narodowego, lecz ze wzrostem tej tylko jego części, która stanowi zysk wnoszony
przez naukę, znacznie przecież większy od kosztów. Przykład z piramidami jest
zupełnie chybiony, bo na ich budowę zużyto nieproduktywnie ogromne ilości
materiałów i wysiłku ludzkiego, podczas gdy nauka wskazuje, jak zmniejszać zużycie
materiałów i skąd brać nowe. Nawet kosztowne loty kosmiczne nie są przedsięwzięciem
deficytowym, jak o tym wielu zdaje się sądzić. Wystarczy sobie choćby wyobrazić,
jak precyzja wypracowanych do tego celu automatycznych urządzeń sterowniczych
odbija się i w przyszłości będzie się odbijać na automatyzacji przemysłu jak
najbardziej użytkowego.
Nauka nie zużywa wartości, lecz tworzy nowe wartości, a nawet, co
ważniejsze, tworzy źródła nowych wartości.
Rzecz jasna, nowe wartości materialne bądź ideowe są wnoszone przez
naukę, a nie przez mistyfikacje polegające na przedstawianiu jako "naukowe
poglądów nie mających nic wspólnego z nauką ani naukowymi dowodami, a będących
jedynie "wieszczeniem" ich autorów. W przeświadczeniu, że pozory naukowości
zjednują zaufanie społeczeństwa dla takich publikacji, nadaje się im formy
zewnętrzne będące naśladownictwem z literatury naukowej, pseudofachową
terminologię, powoływanie się na "źródła" itp., z tym, że za użytymi terminami nie
stoją dostatecznie ścisłe lub w ogóle żadne definicje, a rzekomymi "źródłami"
okazują się "wieszczenia" innych autorów, tyle że wcześniejszych lub bardziej
znanych. Szczególnie drastyczne okazy takiej pseudonaukowej grafomanii to
publikacje pisane z tendencją stworzenia pozorów argumentacji dla z góry przyjętych
poglądów.
Przejawem zamętu wytwarzanego wokół nauki są także próby wysuwania
owego "problemu moralnej odpowiedzialności uczonych". Są to po prostu próby
składania na naukowców odpowiedzialności za skutki, jakie użytkownicy osiągnięć
nauki mogą spowodować przez wykorzystywanie ich w praktyce.
Apostołowie "moralnej odpowiedzialności uczonych" przejawiają wyraźną
niechęć do jakiejkolwiek dyscypliny definicyjnej, w ich wypowiedziach "nauka",
"uczony", "moralność", "odpowiedzialność" to mgła ogólników, słowa-wytrychy, dające
się użyć bez ryzyka .w dowolnym zdaniu w towarzystwie takich słów jak "doniosłość",
"znaczenie", "społeczna funkcja", "wpływ na losy świata" itp. W ich ujęciu
naukowiec to coś w rodzaju kapłana mającego uosabiać sumienie polityka, a zarazem
kozioł ofiarny, którego można by obwiniać za rozmaite plagi rzekomo spowodowane
przez rozwój nauki.
Sądzę więc, że jasne określenie, na kim i za co ciąży odpowiedzialność
w sprawach dotyczących nauki, jest tematem, nad którym warto przeprowadzić porządną
dyskusję. A zacząć ją należy od wyjaśnienia szeregu nieporozumień.
Jedno z nich występuje już w samym sposobie pojmowania nauki. Rozmaici ludzie są skłonni zaliczać do nauki
wiele rzeczy do niej nie należących, w związku z czym zdarzają się pretensje po
prostu niewłaściwie skierowane.
Wszelka działalność naukowa
zmierza wyłącznie do udzielania odpowiedzi na pytania. Jest przy tym obojętne, czy
chodzi o pytania, które naukowiec sam sobie zadaje, czy o pytania zadawane mu przez
kogokolwiek innego. Natomiast istotne jest, żeby to były pytania, na które nikt jeszcze nie znalazł odpowiedzi. Dzięki
posiadanej wiedzy i znajomości odpowiednich metod naukowiec ma znaczne szansę
znalezienia tych odpowiedzi, i to go właśnie wyróżnia od pozostałych obywateli.
Jeżeli naukowiec na jakieś pytania udziela odpowiedzi znanych w nauce
już dawniej, to nie jest to działalność naukowa, lecz oświatowa. Naukowiec
przemienia się tu w nauczyciela (instruktora, rzeczoznawcę, doradcę itp.). W
praktyce często się zdarza, że naukowiec uprawia również zajęcie nauczycielskie,
np. wykładając studentom, popularyzując osiągnięcia naukowe itp. Może nawet za
często, gdyż łączenie działalności naukowej z oświatową przyczynia się do
utrwalania błędnego mniemania, jakoby to było jedno i to samo. (U nas przyczynia
się do tego również dodatkowa okoliczność w postaci podobieństwa wyrazów "nauka" i
"nauczanie" nie występującego w innych językach, np. ang. "science" i
"teaching", fr. "science" i "enseignement", niem.
"Wissenschaft" i "Lehren".) Tymczasem między tymi dwoma rodzajami
działalności występują zasadnicze różnice. Charakteryzują się one m. in. odwrotnym
stosunkiem do wiedzy. Najpierw jest nauka, a
potem wiedza. Najpierw jest wiedza, a potem oświata. Brak zrozumienia dla
tych spraw powoduje, że za naukowców bywają uważani również ci, których działalność
polega tylko na przekazywaniu wiedzy lub wykorzystywaniu jej w inny sposób.
Następna sprawa: na jakież to pytania naukowiec ma odpowiadać?
Wszystko w nauce zaczyna się od pytań typu: "co jest?" (co było, co
bywa itp.). Odpowiadając na takie pytania, zaobserwowano mnóstwo gwiazd, odkryto
nie znane przedtem lądy, stwierdzono istnienie rozmaitych minerałów, roślin i
zwierząt, zgromadzono wiele zabytków w muzeach i archiwach. Na tym etapie
działalność naukowa jest rejestracją faktów (w naukach abstrakcyjnych, jak np.
matematyka, rolę tę odgrywa stawianie aksjomatów).
Następnym krokiem są pytania: "co jest jakie?" Odpowiedzią jest
uporządkowany opis tego, co się stwierdziło. Na tej podstawie dochodzi się do
typologii, klasyfikacji i systematyki. Jest to etap rozpoznawania właściwości.
I wreszcie trzeci rodzaj pytań: "co od czego jak zależy?" (stawianych
też w bardziej rozpowszechnionej, choć mniej precyzyjnej postaci pytań:
"dlaczego?"). Jest to etap wykrywania zależności. Ogień był znany na długo przed
powstaniem legendy o Prometeuszu, prawdopodobnie od czasów gdy zaobserwowano
zapalenie się drzewa od uderzenia pioruna, od dawna też zaobserwowano temperaturę i
barwę płomienia, lecz aby się dowiedzieć o roli tlenu w procesach spalania i o
zależności barwy płomienia od temperatury, trzeba było poczekać na Lavoisiera i
Plancka. Na etapie wykrywania zależności nie wystarcza cierpliwość w gromadzeniu
faktów ani bystrość w obserwowaniu właściwości. Konieczna tu jest umiejętność
stawiania hipotez, ich sprawdzania, modyfikowania i uogólniania. To właśnie stanowi
sedno pracy naukowca.
Umiejętność znajdowania odpowiedzi na pytania tego ostatniego rodzaju
rzutuje również na szukanie odpowiedzi na poprzednie pytania, gdy są zmodyfikowane
do postaci: "co może lub musi być?" oraz: "co może lub musi być jakie?" Tak został
np. zestawiony okresowy układ pierwiastków, w którym puste miejsca były stopniowo
zapełniane przez różnych odkrywców.
I to jest już wszystko, jeśli chodzi o samą naukę. Jedyna tu
odpowiedzialność naukowca to odpowiedzialność za prawdę. Jest przy tym
interesujące, czy naukowiec może kłamać, zwłaszcza gdy jest do tego zachęcany, oraz
czy powinien mówić prawdę, nawet gdy jest do tego zniechęcany. Ale to temat
zasługujący na osobne omówienie.
Natomiast gdy chodzi o wykorzystywanie zdobyczy nauki w praktyce, trzeba odpowiadać na pytania
typu: "jak co osiągnąć?" W zasadzie różnią się one od pytań: "co od czego jak
zależy?" tym, że bierze się pod uwagę nie poszczególne zależności, lecz całą grupę
zależności tak wybranych, żeby to, co ma być osiągnięte, było dla nich wspólne.
Inaczej mówiąc, rozpatruje się różne środki prowadzące do takiego samego celu i
wybiera środek najkorzystniejszy. Postępowanie takie jest rozwiązywaniem problemów
optymalizacyjnych.
Stosowanie osiągnięć nauki w praktyce jest i zawsze było problematyką
optymalizacji. Tyle że dawniej tak szumnie
tego nie nazywano, gdyż chodziło o sprawy dość proste (mała liczba wariantów do
wyboru). Obecnie jednak, gdy nauka porywa się na rozwiązywanie zadań praktycznych o
wielkim stopniu komplikacji, doceniono nie tylko optymalizacyjny charakter
zastosowań nauki, ale i potrzebę opracowywania rozmaitych procedur
optymalizacji.
Każdy problem optymalizacyjny można sformalizować matematycznie w
sposób będący odpowiednikiem następującego pytania: jaka powinna być wartość
optymalna wielkości decyzyjnej, aby przy określonych parametrach uzyskać wartość
ekstremalną wielkości kryterialnej.
Czytelnikom nie nawykłym do tej fachowej terminologii może się przydać
objaśnienie, że wielkość decyzyjna to zbiór środków będących do] wyboru, wielkość
kryterialna to zbiór możliwych wyników,; wśród których szuka się
najkorzystniejszego bądź najmniej niekorzystnego, parametry zaś to zbiór warunków,
na które rozwiązujący nie ma wpływu.
Jakkolwiek może to dla wielu czytelników być zaskakujące, taka
formalizacja problemów optymalizacyjnych pozwala rozproszyć nieporozumienia co do
moralnej odpowiedzialności naukowców.
Otóż, aby można było rozwiązać jakikolwiek pro-, blem optymalizacyjny,
musi on być przedtem postawiony, tzn. musi być ustalone, co ma być wielkością
decyzyjną, co ma być wielkością kryterialna oraz jakie mają być parametry
optymalizacji.
Nasuwa się nader istotne pytanie, kto to wszystko ustala.
Aby to wyjaśnić, rozpatrzmy następujący przykład. Powiedzmy, że chodzi
o zmniejszenie kosztu budownictwa mieszkaniowego. Jest to problem optymalizacyjny,
ponieważ zależnie od rozmaitych okoliczności, jak np. rodzaj materiałów, płace,
robotników itp., koszty budowy mogą być różne, a wobec tego należy wybrać wariant,
w którym koszt jest najmniejszy.
Na temat materiałów budowlanych sporo już wiadomo, ale nie wszystko.
Wobec tego na szereg pytań należy znaleźć brakujące odpowiedzi, w czym w sukurs
przychodzi nauka.
Poszukiwanie tych odpowiedzi wymaga stosowania odpowiednich metod
badawczych, którymi dysponują naukowcy będący specjalistami z zakresu
budownictwa.
Zadaniem tych naukowców jest ustalenie pełnej listy materiałów
budowlanych (pytanie "co jest?"), określenie właściwości poszczególnych materiałów
(pytanie "co jest jakie?") oraz ich wzajemnego oddziaływania (pytanie "co od czego
jak zależy?"). Do tego miejsca chodzi jedynie o to, żeby odpowiedzi były prawdziwe.
Nie mają one jeszcze żadnego związku z celami, jakie zostały czy dopiero zostaną
wyznaczone do osiągnięcia w praktyce. Przejawia się to m. in. w tym, że tego
rodzaju odpowiedzi nauka zwykle gromadzi na zapas, nie czekając, aż staną się one
potrzebne do konkretnego celu. Dzięki temu można później większość z nich bez
straty czasu znaleźć w publikacjach naukowych, np. w tablicach zawierających dane
liczbowe dotyczące właściwości materiałów.
Przejściem od nauki do praktyki jest dopiero żądanie rozwiązania
problemu optymalizacyjnego, który przedtem musi być postawiony. W rozpatrywanym
przykładzie jest to problem: jakie powinny być zastosowane środki (wielkość
decyzyjna), aby najmniejszy był kossjt (wielkość kryterialna) budownictwa
mieszkaniowego (parametry).
Nasuwa się tu jednak szereg pytań. Dlaczego chodzi o budownictwo
mieszkaniowe, a nie np. o fabryczne? Dlaczego chodzi o najmniejszy koszt budowy, a
nie np. o najkrótszy czas budowy? Ktoś na te pytania musi odpowiedzieć stawiając
problem optymalizacyjny.
Prowadzi to do konieczności odróżniania decydenta, stawiającego problem optymalizacyjny, od optymalizatora, rozwiązującego ten problem. W
problemie optymalizacyjnym, "jak co osiągnąć", decydent określa, "co" osiągnąć,
optymalizator określa, "jak" osiągnąć.
Rolę optymalizatora mogą spełniać naukowcy, dzięki umiejętności
poszukiwania faktów, właściwości, zależności oraz metod ich wykorzystania, ale kto
jest decydentem?
Problem, "jak co osiągnąć", jest tym samym, co problem, "jak osiągnąć
wskazany cel", a zatem decydentem jest ten, kto wskazuje cel. Osiąganie określonych
celów służy jednak do zaspokajania określonych potrzeb, potrzeby zaś ma
społeczeństwo. W rezultacie więc decydentem jest społeczeństwo (bezpośrednio bądź
za pośrednictwem reprezentującego je kierownictwa).
Jest widoczne, że zanim optymalizator rozwiąże problem optymalizacyjny
i w wyniku rozwiązania wskaże decyzję, jaką należy podjąć, decydent już przez samo
postawienie problemu podejmuje decyzje wstępne, polegające na dokonaniu wyboru
wielkości kryterialnej spośród wszystkich możliwych wielkości kryterialnych oraz
wyboru określonych parametrów spośród wszystkich możliwych parametrów.
Im więcej takich wstępnych decyzji podejmie decydent, czyli im więcej
określi on parametrów, wysuwając rozmaite nakazy i zakazy przy stawianiu problemu
optymalizacyjnego, tym mniej możliwości obejmuje zakres wielkości decyzyjnej, czyli
tym mniejszą swobodę ma optymalizator w doborze środków przy rozwiązywaniu
problemu.
Tak na przykład w rozpatrywanym problemie decydent może zastrzec, żeby
optymalizator nie brał pod uwagę materiałów importowanych, deficytowych materiałów
krajowych, możliwości podwyższenia lub obniżenia płac robotników itp.
Rzecz jasna, jeżeli ograniczenia wprowadzone przez decydenta obejmą
wszystko, to optymalizatorowi nic już nie pozostanie do wyboru, a wówczas
rozwiązaniem tak wykoślawionego problemu jest po prostu pozostawienie rzeczy po
staremu. Nieco łagodniejszym stopniem wypaczenia problemów optymalizacyjnych są
sytuacje, w których ograniczenia pozostawiają, oprócz stanu aktualnego, tylko jedną
jedyną możliwość, a wówczas rozwiązaniem problemu jest postępowanie wymuszone. W
zbliżonej sytuacji znajdują się u nas przedsiębiorstwa państwowe (z wyjątkiem
przedsiębiorstw eksperymentalnych), jako że obowiązujące je przepisy (dyscyplina
finansowa, taryfikator płac, liczba etatów, limity magazynowe surowców i wyrobów,
asortyment produkcji, ceny wyrobów itp.) pozostawiają w zasadzie tylko jedną
możliwość w postaci zwiększonego wysiłku pracowników.
Mógłby ktoś wysunąć wątpliwość, czy z rozróżnienia między decydentem i
optymalizatorem wynika jednoznacznie podział ról między społeczeństwo (lub jego
kierownictwo) i naukę. Przecież naukowcy mogliby nie tylko rozwiązywać problemy
optymalizacyjne, lecz także je stawiać.
Oczywiście byłoby to możliwe, wówczas jednak, w celu wyręczenia
decydenta w podejmowaniu decyzji wstępnych musieliby oni rozwiązać pomocnicze
problemy optymalizacyjne, których wynikiem byłby wybór optymalnych parametrów
spośród wszelkich parametrów oraz wybór optymalnego kryterium spośród wszelkich
możliwych kryteriów. Przedtem jednak te pomocnicze problemy optymalizacyjne
musiałyby być przez jakichś decydentów postawione, tj. dla każdego z nich trzeba
byłoby podać wielkość kryterialną i parametry. Gdyby i tych decydentów naukowcy
mieli wyręczyć, to musieliby rozwiązać pewne wcześniejsze problemy pomocnicze,
które jednak powinny być przedtem postawione, itd. Cofając się do coraz
wcześniejszych problemów pomocniczych naukowcy dotarliby w końcu do takich
problemów optymalizacyjnych, których postawienie byłoby podjęciem wstępnych decyzji
naukowo nieudowadnialnych. Decyzje takie mogą być podejmowane tylko przez
społeczeństwo.
Istotna różnica między nauką jako optymalizatorem a społeczeństwem jako
decydentem na tym właśnie polega, że o ile decyzje opracowane przez naukowców mogą
być udowodnione (dowodem jest rozwiązanie problemu optymalizacyjnego), to decyzje
podejmowane przez społeczeństwo przy stawianiu problemów optymalizacyjnych nie dają
się naukowo udowodnić.
Tak na przykład, naukowcy mogą udowodnić, jak zbudować najtańsze
mieszkanie lub najtrwalsze pomniki, ale nie mogą udowodnić, że społeczeństwo
powinno bardziej chcieć mieszkań niż pomników lub na odwrót, podobnie jak nie można
udowodnić, że np. najbardziej trzeba lubić muzykę Mozarta albo że Jan powinien
kochać Zosię, a nie Marysię.
Z takich samych względów zachodzi konieczność ustaleń nienaukowych w
sytuacjach, gdy możliwości zaspokajania potrzeb wszystkich obywateli są
ograniczone. Okoliczność, że danie pierwszeństwa potrzebom jednych zmniejsza lub
odwleka zaspokojenie potrzeb innych, prowadzi do kolizji interesów. Czyje interesy
będą przeważać, zależy to od sił, jakie za nimi stoją.
Jak widać, o ile w samej nauce obowiązuje wyłącznie kryterium prawdy, to w zastosowaniach nauki do praktyki
obok kryterium prawdy (prawidłowości rozwiązania) pojawia się kryterium interesu. Od nauki (rozeznanie) przechodzi się
do polityki (decyzje).
Jest grubym nieporozumieniem, gdy jakikolwiek naukowiec usiłuje
wskazywać cele polityczne jako rzekomo "naukowo udowodnione" lub gdy ktokolwiek
tego od niego oczekuje. Cele polityczne jako przejaw interesów nie są tym, co się z
rozwiązania problemów optymalizacyjnych otrzymuje, lecz tym, co się do nich
wprowadza.
Działanie układu sił społecznych to - mówiąc jeżykiem cybernetycznym -
homeostaza społeczeństwa, czyli ciągłe dążenie do równowagi, dzięki czemu
społeczeństwo może trwać jako organizacja. Homeostaza wyznacza moralność społeczną,
czyli granice tego, co jest dopuszczalne jako nie zagrażające trwaniu społeczeństwa
i konieczne do usuwania zagrożeń.
W okresie silnego naruszenia interesu społeczeństwa granice te mogą się
zmieniać. Homeostaza społeczna łamie zdezaktualizowane normy i wytwarza sobie nowe,
potrzebne do tego, żeby społeczeństwo przetrwało. Jako, przykład można przytoczyć,
że po wyginięciu znacznej części społeczeństwa niemieckiego w wojnie
trzydziestoletniej propagowano za powszechną zgodą wzrost rozrodczości z
zawieszeniem dotychczasowego prawa małżeńskiego.
Homeostaza społeczeństwa jest wypadkową postaw jego członków, przejawia
się zależnie od tego, czego poszczególni obywatele żądają, co popierają, czemu się
sprzeciwiają, a wobec czego pozostają bierni.
Uczestnikiem homeostazy społecznej jest każdy obywatel, nawet gdy sobie
tego nie uświadamia bądź świadomie zachowuje bierność - niewywieranie wpływu jest
także rodzajem wywierania wpływu na losy społeczeństwa, do którego się należy.
W rezultacie dochodzimy do następujących stwierdzeń:
W odniesieniu do pytań czysto naukowych (co jest, co jest jakie, co od
czego jak zależy) na naukowcach ciąży odpowiedzialność naukowa, tj. odpowiedzialność za prawdziwość
wypowiedzi, ściślej zaś mówiąc, za ich prawidłowość, tj. za uzyskanie ich w sposób
zapewniający możliwie największe zbliżenie się do prawdy - absolutna prawda w
badaniu rzeczywistości jest nieosiągalna. Odpowiedzialność ta nie ma jednak nic
wspólnego z moralnością - udzielanie odpowiedzi na pytania nie jest ani moralne,
ani niemoralne. Jest to odpowiedzialność zawodowa - uchybianie jej świadczy o braku
kwalifikacji naukowych, a nie o braku moralności. Podobnie jest w każdym innym
zawodzie, z tą różnicą, że prawdopodobieństwo spowodowania szkód społecznych
błędami jakiegoś naukowca jest dość małe wobec silnej kontroli ze strony innych
naukowców danej specjalności - nikt me jest nastawiony bardziej krytycznie do
nowych idei naukowca niż inny naukowiec. Wskutek tego biedy w pracy naukowej
zdarzają się wyjątkowo i zostają zwykle wykryte, zanim dojdzie do jakichkolwiek
zastosowań praktycznych.
Jedynie w naukach humanistycznych (zwłaszcza społecznych) nierzadkie są
przypadki tendencyjności, powoływania się na autorytety, dowolności interpretacji
ich wypowiedzi itp., ale tego rodzaju przypadki dotyczą właśnie tego, co w tych
dziedzinach jest nienaukowe, w nauce bowiem twierdzenia opierają się na dowodach, a
nie na wierze w autorytety czy na sile przekonania o słuszności własnych
poglądów.
Jeśli chodzi o wpływ nauki na praktykę, czyli o problemy
optymalizacyjne, to, jak to zostało powiedziane, składają się one z następujących
elementów: 1) postawienie problemu (podanie wielkości kryterialnych i parametrów
optymalizacji), 2) rozwiązanie problemu, 3) wykorzystanie wyników rozwiązania.
Rozwiązanie problemu, podobnie jak odpowiedzi na pytania czysto
naukowe, podlega jedynie ocenie z punktu widzenia prawdziwości (prawidłowości).
Natomiast ocenie pod względem moralnym podlega postawienie problemu i
wykorzystanie wyników rozwiązania, ale te elementy problemów optymalizacyjnych nie
wchodzą w zakres działalności naukowej - żądania zaspokajania potrzeb pochodzą od
społeczeństwa i dlatego trzeba tu mówić o odpowiedzialności społecznej.
Z powyższych rozważań jasno wynika, kto i za co jest odpowiedzialny.
Odpowiedzialność naukowa obciąża wyłącznie naukowców. Nie mogą oni
rozciągać jej na innych obywateli, gdyż, tylko oni sami są wyposażeni w środki
umożliwiające ocenę prawdziwości (prawidłowości) odpowiedzi.
Odpowiedzialność społeczna jest to odpowiedzialność społeczeństwa, tj.
wszystkich obywateli włącznie z naukowcami, za stawianie celów i wykorzystanie
osiągnięć nauki w praktyce, czy U ściślej mówiąc, za stawianie problemów
optymalizacyjnych i wykorzystanie ich rozwiązań.
Odpowiedzialność społeczna nie może obciążać tylko samych naukowców,
zwolnienie pozostałych obywateli od odpowiedzialności byłoby niesłuszne, bo to
przecież społeczeństwo określa potrzeby i cele praktyczne, do których mają być
wykorzystywane osiągnięcia nauki. Społeczeństwo określa także zakres środków,
których użycie jest dopuszczalne w rozwiązywaniu takich problemów. Z drugiej
strony, nawet gdyby naukowcy chcieli wziąć tę odpowiedzialność wyłącz na siebie, to
postawa taka byłaby społecznie szkodliwa, oznaczałaby bowiem albo dążenie do
decydowania bez reszty społeczeństwa o jego potrzebach, albo też rezygnację z
poparcia reszty społeczeństwa w realizacji jego potrzeb.
Jak widać, z działaniem naukowca wiąże się odpowiedzialność dwojakiego
rodzaju: naukowa i społeczna. Łączenie ich w jedną nierozerwalną odpowiedzialność
jest niemożliwe, ponieważ każda ż nich na czym innym polega i z kim innym jest
podzielana.
Rzecz jasna, członkami społeczeństwa są także naukowcy, a więc i oni są
odpowiedzialni za skutki stawiania określonych żądań (bądź niestawiania żadnych).
Tutaj dopiero jest miejsce na ich odpowiedzialność moralną. Jest nią właśnie
odpowiedzialność społeczna, ale ponoszą oni tę odpowiedzialność nie jako naukowcy,
lecz jako obywatele - i nie sami, lecz wraz ze wszystkimi współobywatelami. Warto
mieć na uwadze, że (jak to się przydarzyło np. Kopernikowi) naukowiec może w swoich
twierdzeniach mieć słuszność nawet sam jeden przeciwko całemu światu, natomiast
obywatel w swoich żądaniach może mieć słuszność tylko jako uczestnik masowych
procesów społecznych.
Można się niekiedy spotkać z wypowiedziami, że rozdzielanie różnych
odpowiedzialności u jednego i tego samego człowieka jest niemożliwe. Rozdzielanie
różnych odpowiedzialności jest nie tylko możliwe, ale konieczne. Jeżeli minister
telefonuje do dziekana politechniki z pretensją, że jego synalek dostał dwóję na
egzaminie z matematyki, i wykorzystując presję swojego stanowiska żąda nakłonienia
egzaminatora do zmiany stopnia na lepszy, to każdego uczciwego obywatela musi
oburzać takie nierozdzielanie roli wysokiego urzędnika i roli troskliwego ojca.
Inną też musi się ponosić odpowiedzialność i z innych może się korzystać uprawnień
jako pacjent u lekarza, jako pasażer w pociągu czy jako klient w sklepie.
Tak samo trzeba rozdzielać odpowiedzialność społeczną i
odpowiedzialność naukową, i to tym bardziej, że odpowiedzialność społeczna ma
priorytet przed odpowiedzialnością zawodową w ogólności, a naukową w
szczególności.
Analiza obu omawianych rodzajów odpowiedzialności ujawnia całą
fikcyjność "problemu moralnej odpowiedzialności uczonych".
Odpowiedzialność naukowa może być problemem zawodowym naukowców, ale
nie problemem moralnym. Zgodność z prawdą nie wszystkich obowiązuje, ale w pracy
naukowca jest obowiązkiem zawodowym.
Natomiast odpowiedzialność społeczna może być problemem moralnym, ale w
odniesieniu do wszystkich obywateli, nie tylko do naukowców. Nie wszyscy muszą się
zajmować badaniami naukowymi, ale wszyscy muszą się troszczyć, żeby wyniki badań
były wykorzystywane W interesie społecznym.
Warto wspomnieć także o pretensjach do naukowców za prowadzenie badań
naukowych, których wyniki mogłyby być wykorzystane do celów niehumanitarnych - u
często kierowane jest apostolstwo "moralnej odpowiedzialności uczonych".
Rozróżnienie godziwych i niegodziwych celów - to już sprawa moralności
społecznej -staje się możliwe dopiero przy wykorzystaniu wyników badań naukowych,
ale za to odpowiedzialna jest polityka, a więc całe społeczeństwo.
Przeciwko takiemu stawianiu sprawy sięga się do koronnego argumentu: a
bomba atomowa? a broń bakteriologiczna? i w ogóle środki masowej zagłady? Czyż to
nie naukowców należy o to wszystko obwiniać?
Argument ten zasługuje na to, żeby o nim porozmawiać otwarcie, bez
niedomówień.
Spróbujmy zilustrować sprawę przykładem bomby atomowej. Ażeby mogła ona dokonać
dzieła zniszczenia, ktoś musiał ją załadować, przetransportować i zrzucić. Przedtem
ktoś musiał kazać to zrobić. Jeszcze wcześniej ktoś musiał skonstruować. Przedtem
zaś wytworzył materiały z surowców, przygotowanych przez kogoś jeszcze innego.
Projekt bomby musiał być spracowany przez inżynierów. Według zasady opracowanej
przez fizyków.
Jak widać z tego grubymi liniami zarysowanego przeglądu, naukowcy byli
ósmym ogniwem przed wybuchem bomby. Skąd więc ta koncentracja pretensji akurat pod
ich adresem? Że bomba nie wybuchłaby, gdyby nie opracowali jej zasady? Ależ nie
wybuchłaby również, gdyby nie zadziałało którekolwiek z następnych siedmiu ogniw!
Dlaczego nie kieruje się pretensji do projektantów, do technologów, którzy
wytworzyli materiały, do transportowców?
Przed opracowaniem zasady bomby atomowej musiała powstać fizyka
jądrowa. Dlaczego nikt nie zgłasza pretensji do jej pionierów i prekursorów? Byli
przecież Einstein, Bohr, Rutherford, Skłodowska-Curie, Becquerel itd. aż do
Demokryta, który powiedział, że świat składa się z atomów.
Upatrzenie sobie, w tym niezmiernie długim łańcuchu kolejnych ogniw,
akurat fizyków, którzy opracowali zasadę bomby atomowej, ma wszelkie znamiona
"łowów czarownic".
Tymczasem, dopóki będzie istniał podział na swoich i na nieprzyjaciół,
choćby potencjalnych, dopóty przed naukowcami będzie stał argument: jeżeli nie
wynajdziecie, jeżeli nie ulepszycie, jeżeli nie pospieszycie się, to ubiegnie nas
"nieprzyjaciel". W jakim kraju który naukowiec i w ogóle który obywatel oprze się
takiemu argumentowi?
Wszystko zaczyna się od tego, że źródłem wojen nie jest bynajmniej
inwencja naukowców, lecz sprzeczności interesów i żądza ujarzmiania innych. Do
mordowania na wielką skalę wystarczały noże, przedtem kamienie, a jeszcze wcześniej
duszenie gołymi rękami. Po wyprawie Juliusza Cezara do Galii z czterystu tysięcy
Helwetów pozostało przy życiu sto dziesięć tysięcy; z trzech milionów Galów
pozostał tylko jeden milion (z dwóch innych jeden milion został wybity, drugi zaś
zawleczony do Rzymu w niewolnictwo). To wszystko nie tylko bez bomb atomowych, ale
nawet bez jednego pistoletu. Wynika stąd morał, że problem nie na tym polega, żeby
się nie dać mordować środkami wymyślnymi, lecz na tym, żeby się nie dać mordować w
ogóle.
Ale to nie wszystko. Żaden rząd, zlecając naukowcom swojego kraju
prowadzenie badań nad wojskowymi środkami niszczenia, nie motywuje tego zamiarem
tępienia innych narodów. Natomiast mówi się, że środki te są potrzebne dla
odstraszenia potencjalnych napastników przygotowujących broń podobnego rodzaju i
dla opracowania środków zaradczych na ewentualność, gdyby napastnicy jej w
przyszłości rzeczywiście użyli. Czy naukowcy mają powiedzieć, że to nieprawda?
Przecież polityka taka bywała już skuteczna, np. zapobiegła użyciu gazów w drugiej
wojnie światowej, a i do rzucania bomb atomowych też się jakoś żaden kraj nie
kwapi.
Przypuśćmy jednak, że naukowiec ma wątpliwości, czy intencje jego rządu
nie są agresywne. Co wtedy powinien zrobić? Starać się pod jakimś pretekstem
wykręcić od badań dla celów wojskowych? A jeżeli później okaże się, że był w
błędzie i przez to przyczynił się do zguby milionów rodaków? I co wtedy? Złożyć
wieniec na ich grobie i powiedzieć: "przepraszam, omyliłem się"?
Pójdźmy jeszcze dalej i załóżmy, że naukowiec jest głęboko
przeświadczony, iż wyniki jego badań mają być wykorzystane do celów wręcz
zbrodniczych. Czy wystarczy, jeśli się od takich badań będzie trzymać z daleka? Czy
wtedy z "moralną odpowiedzialnością uczonych" byłoby już wszystko w porządku? Na
zasadzie: ja w tym rąk nie maczałem, to kolega. Jak profesor Sonnenbruch z Niemców
Kruczkowskiego?
Oczywiście, powinien przeciwdziałać. Ale nie sam. Bo, jak to pokazała
ostatnia wojna, zbrodniarze dysponują siłą. A siłę ich mogą zwalczyć tylko
potężniejsze siły społeczne. Czyli znaleźliśmy się na gruncie odpowiedzialności
społecznej.
Epatowanie hasłami w rodzaju "wielkiego problemu współczesnej nauki",
"doniosłej roli współczesnej nauki", "społecznej odpowiedzialności uczonych" itp.
bez najmniejszej próby ustalenia, co czym jest, a czym nie jest, co i do czego ma
prowadzić, bez oparcia o konkrety, bez wyobrażenia sobie przynajmniej zasad
realizacji postulatów - jest zwykłym bałamuctwem. Możliwe jest ono tylko we mgle
pojęciowej, stąd też biorą się usiłowania zmierzające do zacierania rozróżnień
zamiast ich uwydatniania i precyzowania.
U podłoża pretensji do naukowców nietrudno się dopatrzyć rozumowania,
że 1) gdyby nie było postępu, to nie byłoby też złych jego skutków, 2) a ponieważ
naukowcy są twórcami postępu, 3) więc oni są odpowiedzialni za te skutki.
Tymczasem to pozornie przekonujące rozumowanie aż roi się. od
nielogiczności. W pierwszej przesłance są dwa niedomówienia: a) gdyby nie było
postępu, to byłyby złe skutki jego braku, oraz b) byłyby to skutki jeszcze gorsze,
i ta różnica jest właśnie motywem postępu. Druga przesłanka jest nieścisła, gdyż
naukowcy są tylko odkrywcami prawd, a o prawdach nie można powiedzieć, ani że są
moralnie dobre, ani że złe. Dobre lub złe mogą być cele, do których te prawdy
zostały wykorzystane, ale to nie nauka wyznacza cele, lecz polityka.
Od strony naukowców, bez względu na to, czego by sobie życzyli, postęp
jest niepodzielny. Nie ma bowiem i być nie może takiego sposobu hartowania stali,
żeby nóż wyprodukowany przy jego zastosowaniu nadawał się do krajania chleba, a nie
nadawał się do zabijania ludzi. Rutherford nie mógł rozbić atomu w taki sposób,
żeby to mogło posłużyć tylko do zbudowania elektrowni jądrowych, a nie mogło
posłużyć do skonstruowania bomby atomowej. Nie można było i nie będzie można
wynaleźć takiego silnika, żeby nadawał się do ciągników, a nie nadawał się do
czołgów. I tak dalej, i tak" dalej. Postęp w nauce nie da się rozpołowić tak, żeby
"dobrą" połówkę można było rozwijać, a "złą" tłumić.
Od strony użytkowników natomiast możliwa jest selekcja zastosowań w
dobrych i złych celach. Jest to oczywiste, gdyż tylko od użytkowników zależy, czy
noże zahartowane nowoczesnymi metodami wynalezionymi przez naukowców będą służyć do
krajania chleba, czy do zabijania ludzi, czy ulepszone środki napędowe będą
wykorzystywane w ciągnikach, czy w czołgach - itd.
Odnosi się to również do zdobyczy biologii i medycyny. Gdyby naukowcy
zaprzestali dążeń do przedłużania życia ludzkiego, dotknęłoby to wszystkich.
Natomiast użytkownicy dobrodziejstw nauki mogą sprawię, żeby rodziły się dzieci
zdrowe, a zrezygnować z lodzenia dzieci dziedzicznie obciążonych. Ale użytkownicy
to całe społeczeństwo i od nich to trzeba wymagać rozwagi i poczucia moralności
społecznej, zamiast namawiać naukowców do przeżywania jałowych, bo
nierozstrzygalnych rozterek, czy aby dobrze robią dążąc do coraz większego rozwoju
nauki. -
Z dzienników nieraz się dowiadujemy, że zamiast zapewnić bezpieczeństwo
kąpiącym się - umieszcza się na plażach tablice z napisem "kąpiel wzbroniona";
zamiast poprawić produkcję wadliwych i dlatego przez nikogo nie nabywanych wyrobów
- przestaje się je w ogóle produkować itp., ale prasa podaje to jako kurioza.
Czyżby podobne kurioza, ale traktowane serio, miały przeniknąć do nauki?
Gdyby tak miało się stać, to może rzeczywiście zaczęlibyśmy żałować, że naukowcy
umożliwili wytępienie dżumy, cholery i wścieklizny - gdyby tego nie zrobili,
problem przeludnienia świata mielibyśmy z głowy. Dzięki poczuciu "moralnej
odpowiedzialności uczonych".
Niezależnie od tego postulat, żeby naukowiec rozważył wszelkie możliwe
skutki stworzonych przez siebie idei i od tego uzależniał decyzję, czy te idee
ujawnić czy nie, byłby po prostu nierealny.
Nie należy bowiem zapominać, że współczesny naukowiec z reguły pracuje dla
określonej instytucji, która go zatrudnia, w związku z czym wypłaca mu
wynagrodzenie i finansuje narzędzia pracy naukowej, ale w zamian oczekuje wyników
badań i żąda szczegółowych sprawozdań, nawet międzyetapowych, na których podstawie
można się orientować, czy z prowadzonych badań zaczyna coś wychodzić, czy nie.
Jakże więc w takim stanie rzeczy miałoby wyglądać "nieujawnianie" wyników?
Poza tym nowe idee rodzą się zwykle z problemów rozwiązywanych przez
całe zespoły naukowców, z których każdy wie, do czego się zmierza, bo zadanie było
z góry zaplanowane - bez tego zresztą nie można by liczyć na sfinansowanie
kosztownych badań w dobrze wyposażonych laboratoriach.
I wreszcie, gdyby nawet nieujawnienie osiągnięcia tych wyników było
jakimś cudem możliwe, to tylko z takim skutkiem, że za parę miesięcy, a najpóźniej
za parę lat, do takich samych wyników doszłoby kilka innych zespołów w różnych
krajach. Coraz częściej zdarza się też jednoczesne rozwiązanie tego samego problemu
przez nie wiedzące o sobie zespoły naukowców.
Jak przy tym żądać, żeby naukowiec przewidział wszystkie możliwe
skutki, skoro tysiące specjalistów biedzą się nad opracowaniem metod
prognostycznych, "futurologowie" oscylują między fantazją a zgadywaniem, a nawet z
przewidywaniem jutrzejszej pogody są niesamowite trudności.
Dodajmy też, że idee naukowe mogące mieć doniosły wpływ na życie
społeczeństwa często rodzą się ze scalania wyników różnych badań cząstkowych,
których wykonawcy nie mogli jeszcze mieć najmniejszego wyobrażenia, co z czym
zostanie scalone i co z tego może wyniknąć.
Przy sposobności warto rozproszyć jeszcze jedno nieporozumienie. Wielu
ludzi spoza nauki zdaje się dziwić, że naukowcy, instytucje naukowe,
przedsiębiorstwa mające działy studiów itp. tak obficie publikują informacje o
własnych osiągnięciach naukowo-technicznych, zamiast utrzymywać je w sekrecie dla
ochrony przed wykorzystaniem przez inne kraje czy przedsiębiorstwa. Często widzi
się w tym przejaw "międzynarodowości nauki" i poczuwania się naukowców do obowiązku
udostępniania odkryć dla dobra ludzkości. W rzeczywistości główna przyczyna nie
tkwi ani w naiwności czy przeoczeniu przedsiębiorców i polityków, ani w idealizmie
naukowców, lecz najzwyczajniej w ekonomii.
Aby to wyjaśnić, przypuśćmy, że jakiemuś odbiorcy proponują dostawę
urządzeń dwa przedsiębiorstwa zagraniczne, jedno o światowej renomie, drugie zaś
nieznane i wchodzące dopiero na rynek międzynarodowy. Rzecz jasna, aby mieć szansę
w takiej konkurencji, przedsiębiorstwo nieznane oferuje dostawę po niższej cenie.
Nie rozstrzyga to jednak sprawy, odbiorca bowiem podejrzewa, że niższej cenie
towarzyszy niższa jakość. Co robi wtedy przedsiębiorstwo nieznane? Ano, usiłuje
przekonać klienta, że niższa cena wynika nie z zastosowania gorszych materiałów,
lecz z wprowadzenia własnego ulepszenia konstrukcyjnego. Argument ten jednak nie
wystarcza, klient bowiem uważa to za propagandę handlową, która może nie mieć
pokrycia w rzeczywistości. Aby i tę wątpliwość rozproszyć, przedsiębiorstwo
odwołuje się do autorytetu nauki przedstawiając protokół badań przeprowadzonych w
jakimś laboratorium uniwersyteckim, a jeszcze lepiej artykuł na ten temat z
czasopisma naukowego. Prowadzi stąd prosta droga do zrozumienia, że aby sprzedawać
urządzenia dzięki zawartym w nich ideom nowatorskim, trzeba te idee publikować.
Oczywiście wiedzą o tym również wielkie przedsiębiorstwa renomowane,
toteż nie czekając, aż im nowi konkurenci zaczną "podrywać" klientów, spiesznie
publikują własne odkrycia i ulepszenia dokonane we własnych instytutach. W tym celu
wydają też własne czasopisma i wysyłają swoich specjalistów z referatami naukowymi
na wszelkie możliwe zjazdy międzynarodowe.
Na tym tle widoczna jest niesłuszność poglądu wyrażonego przed kilku
laty przez któregoś z naszych ministrów, że nie warto wysyłać naukowców na zjazdy
międzynarodowe, bo przecież to, czego mogliby się dowiedzieć z wygłaszanych tam
referatów, i tak będzie za trzy lata ogólnie dostępne po opublikowaniu księgi
zjazdowej, a jeśli chodzi o własne referaty tych naukowców, to jakiż możemy mieć
interes w tym, żeby zawartymi w nich pomysłami zasilać inne kraje.
Pominę tu okoliczność, że nowe informacje uzyskuje się nie tylko z
referatów, lecz także - często bardzo cenne - z rozmów kuluarowych. Istotne jest,
że referaty będą opublikowane za trzy lata - przy obecnym tempie postępu jest to
tyle co wieczność. Wiadomo przecież, że każda wielka fabryka samochodów gotowa jest
sprzedać licencję już w pierwszym dniu sprzedaży nowego typu samochodu, zanim
bowiem nabywca licencji wykona oprzyrządowanie i zorganizuje produkcję, upłyną dwa
lata, a wówczas sprzedawca licencji wypuści jeszcze nowszy typ samochodu.
Co się tyczy rzekomej szkodliwości prezentowania własnych pomysłów w
świecie, to nie należy zapominać, że w bilansie więcej otrzymujemy z nauki
światowej, niż możemy sami do niej wnieść, a przede wszystkim, że naukowcy z ich
zjazdowymi referatami, to - siłą rzeczy - forpoczta eksportu (i to nie tylko
technicznego). Że nieporadność naszego przemysłu i handlu uniemożliwia korzystanie
z tego, to już inna sprawa.
W gospodarce światowej rozstrzyga nie poziom osiągnięty przez
poszczególne kraje, lecz szybkość jego wzrastania, z czym wiąże się szybkość
informowania wszystkich o jego wzrastaniu. Kraj, który by zataił jakieś swoje
osiągnięcie, aby tylko samemu z niego korzystać, szybko by się przekonał, że
wkrótce takie same osiągnięcia będzie miał jakiś inny kraj i roztrąbi je po całym
świecie, wyciągając z tego wszystkie możliwe korzyści. Upominanie się poniewczasie,
że "my byliśmy pierwsi", wywołałoby tylko śmieszność i podejrzenie o
przywłaszczanie sobie pierwszeństwa cudzych osiągnięć.
Jedynie w sprawach wojskowych żaden kraj nie kwapi się do informowania
innych, ale penetracja wywiadów jest tak wzmożona, że żadne sekrety nie dają się
utrzymać, w praktyce więc chodzi tylko o opóźnieniach dekonspiracji. Podobnie jest
z niektórymi sekretami technologicznymi przedsiębiorstw przemysłowych. Zgodnie ze
znaną w nauce zasadą, że "co raz się stało, jest możliwe", to, co wynaleźli jedni,
mogą wynaleźć również inni.
W skłonności do moralizowania naukowców jest coś z postawy kibica
sportowego, obserwatora skorego do nawoływań, byleby bez własnego udziału w ich
realizacji, wietrzącego sensacje, ale nie angażującego się w zwykłą porządną
robotę. Postawa taka ciąży na całym naszym życiu społecznym.
Gdy zaginęło dziecko z pewnej wsi położonej w pobliżu rozległego lasu,
mieszkańcy z całej okolicy wraz z przebywającymi tam letnikami przeszukiwali przez
wiele godzin wszystkie zakątki lasu, aż ku ogólnej radości zbłąkane dziecko zostało
odnalezione. Relacjonujący to dziennikarz słusznie pochwalił ofiarność
poszukujących, ale nie bez gorzkiej uwagi, że jest to tylko ofiarność wobec
niezwykłych, indywidualnych zdarzeń, natomiast trudno ujrzeć jej ślady w szarej
codzienności wobec tysięcy dzieci zaniedbanych, niedożywionych i chorowitych.
O przebiegu poszukiwań zaginionego taternika, który znalazł się w
niebezpiecznym położeniu wiedziony żądzą przygód i przeżywania silnych emocji,
podaje komunikaty prasa, radio i telewizja, a ilu ludzi interesuje się
wyniszczającą pracą bezimiennych robotników w oparach siarki, rtęci lub ołowiu? Gdy
młody robotnik utracił zdrowie w ciągli paru lat pracy przy farbach zawierających
pierwiastki promieniotwórcze, przez jeszcze więcej lat musiał się procesować o
mizerne odszkodowanie, a kierownicy i majstrowie z fabryki "usiłowali przed sądem
sprawę tę zagmatwać, pokręcić, stwierdzali, że niemożliwe, aby w tak krótkim czasie
mogło nastąpić tak groźne uszkodzenie zdrowia". Zdaniem radcy prawnego fabryki
"powód wykazuje złą wolę, powód nie. chce pracować", a dyrektor dawał do
zrozumienia, "że on to robił naumyślnie, żeby wyciągnąć od nas odszkodowanie". Cały
kraj odetchnął z ulgą po znalezieniu taternika-ryzykanta, ale kto wie cokolwiek o
owym robotniku? Kto zna orzeczenie specjalistów o jego zdrowiu: "Chory nie może
pracować" oraz "po 45 latach może się wydalić połowa radu zawartego w kościach
chorego" (Barbara Seidler, Dziś na wokandzie..., Warszawa 1966). Kto się teraz
interesuje jego losami? I jeszcze jedno pytanie: co robi jego dawny
dyrektor?...
Podobna postawa odgrywa rolę w "problemie moralnej odpowiedzialności"
naukowców. Kibice moralności widzą problem społeczny u profesora Oppenheimera czy
profesora Barnarda, ale nie widzą go u siebie, chociaż jest to także ich problem.
Mówią też o odpowiedzialności naukowców, ale nie mówią o odpowiedzialności własnej.
Chętnie biją się w piersi, ale cudze.
Ostatecznie więc - czy i za co odpowiadają naukowcy?
Naukowcy odpowiadają za naukę. Ale nie za wszystko. Za wszystko muszą
odpowiadać wszyscy.
Spis wszystkich rozdziałów:
Rewolucje naukowe
Kto jest naukowcem
Gdzie naukowiec pracuje
Jak naukowiec pracuje
Jak się w nauce administruje
Jak się w nauce planuje
Dla kogo naukowiec pracuje
Za co naukowiec odpowiada
|